Święty Franciszek i Anioł Stróż
(fragment)
Beata Kołodziej, Paweł Kołodziejski
WSTĘP
Każdy z nas dobrze wie o istnieniu aniołów. Ale jakie naprawdę są anioły? Czy są
do nas podobne – choć troszeczkę? Jak to jest „być aniołem”? Czy praca anioła
stróża jest łatwa, czy trudna? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania… Przypuśćmy
jednak, że anioły są nieco podobne do naszych wyobrażeń o nich. Co by było,
gdyby …niedoświadczony anioł po raz pierwszy dostał pod opiekę człowieka i mógł
nam opowiedzieć historię jego życia? A gdyby tym niemowlęciem oddanym pod
anielskie skrzydła, był ktoś niezwykły… na przykład św. Franciszek z Asyżu?
Taka opowieść anioła stróża, mogłaby brzmieć na przykład tak…
I.
KTO ODGADNIE PRZYSZŁOŚĆ?
Ludzie to najdziwniejsze stworzenia na świecie! Daję słowo! Nigdy nie
przewidzisz, co takiemu człowiekowi strzeli do głowy... Być aniołem stróżem, to
naprawdę ciężka harówka. Kiedy Bóg przeznaczył mnie do tej pracy, w ogóle nie
zdawałem sobie z tego sprawy! Pomyślałem, że muszę tyko dokonać właściwego
wyboru bobaska – a potem wszystko pójdzie gładko. Bóg wysłał mnie z grupą
aniołów do włoskiej prowincji Umbria. Miało się tam narodzić kilkanaście
dzieciaków. Niestety większość z nich, to byli nędzarze... Ciężki jest los
takich ludzi. Jakże się nimi zaopiekować? Ja wybierałem pierwszy raz, więc dla
bezpieczeństwa, swojego podopiecznego szukałem wśród najzamożniejszych. No, i
wybrałem... Czy mogłem przewidzieć, jaką to się skończy kosmiczną katastrofą???
Wybór wydawał się rozsądny:
1. Rodzina bogatego kupca Piotra Bernardone
– ci ludzie z radością oczekiwali narodzin pierwszego dziecka. Wiedziałem już,
że to synek. „Z pewnością będzie dla nich oczkiem w głowie!”- pomyślałem i nie
pomyliłem się w tej sprawie...
2. Mamusia – Joanna Pika
– to była ładna, delikatna kobieta o dobrym sercu i nienagannych manierach.
Pochodziła z południa Francji i tu, w Asyżu, uważana była za prawdziwa damę.
Wiedziałem, że dobrze zaopiekuje się dzieckiem.
3. Tatuś – Piotr Bernardone
– wprost promieniał ze szczęścia. Widać było jak bardzo pragnie mieć potomka,
żeby ofiarować mu wszystko, co posiada – a posiadał niemało! Sklep z
najpiękniejszymi tkaninami, w samym centrum miasta i pokaźny majątek.
4. Miasto – Asyż
– położone w słonecznej Italii, na wzgórzu, u stóp góry Subassio. Roztacza się z
niego piękny widok. Spodobało mi się to miejsce! Wąskie brukowane uliczki
wyglądały bezpiecznie. Dreptali po nich głównie piesi i obładowane osiołki.
Ludzie tutaj dobrze się znali, a dzieciaki bawiły się wprost na ulicy i nikt nie
robił im krzywdy. Tylko schody i nierówne kamienie na bruku nieco mnie
zaniepokoiły. Przewidywałem rozbite kolana, poocierane łokcie, zadrapany nos i
wiele wylanych łez... W tej sprawie też się nie myliłem. Sporo pracy czekało
mnie przy tych schodach!
5. Mieszkańcy miasta
– ludzie spokojni, pobożni, a przy tym weseli. Często spotykali się na
biesiadach. Przy sutym posiłku grali, śpiewali, tańczyli i żartowali. Oczywiście
nie wszyscy – tylko ci zamożniejsi... Ale mój berbeć miał odziedziczyć sporą
fortunę, więc i jego czekało przyjemne życie. Wiedziałem, że ptasiego mleka mu
nie zabraknie!
Jednak przyszłość zna tylko Bóg – Ten, który stworzył świat przenika spojrzeniem
czas, mrok i przestrzeń. Dla niego nie istnieją żadne tajemnice. My, aniołowie
nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć... Jakże się pomyliłem,
spodziewając się łatwej pracy... Ale zacznę od początku.
II. SŁONECZNE DNI
Kiedy mój dzieciak przyszedł na świat, tatusia nie było w domu. Wyjechał w
interesach i nie zdążył wrócić na czas! No – pomyślałem – każdemu może się coś
takiego przytrafić... Tymczasem pani Pika ochrzciła małego, bo był słaby i
chorowity. Nie czekając na powrót męża wybrała dla synka imię Jan. Ucieszyłem
się, bo to całkiem ładne imię i potężny patron! Wielki prorok Jan Chrzciciel –
wzywający do nawrócenia. Żył na pustyni, odziany w wielbłądzie skóry, a żywił
się szarańczą i miodem leśnym. Na szczęście mojemu Jasiowi taki los nie
groził... Piotr Bernardone powiedział to samo, kiedy wrócił do domu i wziął syna
w ramiona:
– Nie pozwolę nazywać cię Janem, mój robaczku! – wykrzyknął gromko, aż spadłem z
poręczy kołyski i zgniotłem sobie piórka. Tymczasem tatuś wołał w zachwycie:
– Ty będziesz nosił bogate stroje z najcieńszego brokatu! Będziesz jadał
śmietankę i pieczone przepióreczki! Kupię ci pięknego konia i srebrzystą zbroję!
Może kiedyś zostaniesz rycerzem i zdobędziesz herb szlachecki dla naszego rodu?
Nauczysz się mówić po francusku jak mamusia, władać bronią jak żołnierz, tańczyć
i grać na mandolinie– jak prawdziwy arystokrata. Będziesz najelegantszym
młodzieńcem w Asyżu! Jak najprawdziwszy Francuz! Będziesz nawet bardziej
francuski, niż wszyscy Francuzi razem wzięci. Wszystkie panny będą się w tobie
kochały! Nawet szlachcianki. Mój Francuziku – będziemy cię nazywać Franciszek!
Pomyślałem sobie, że to już przesada – nazwać dziecko Francuzikiem, czyli
Franciszkiem? Nawet nie ma takiego patrona w Niebie... Sam mam się nim zajmować?
To nie jest rozsądne podejście. Pomoc zawsze się przyda. Poza tym, cóż to za
pomysł? Następne dziecko będą nazywać Angliczkiem, Niemiaszkiem, Polaczkiem albo
Hiszpankiem? No trudno – jakoś się przyzwyczaiłem. Nie miałem wiele roboty przy
małym Franciszku. Biegała za nim matka i piastunki. Wprawdzie był urwisem i
wciąż spadał ze schodów, ale i do tego przywykłem. Nawet przestałem mu już
szeptać do ucha mądre rady, dmuchać w nos, kiedy wybierał niewłaściwą drogę –
temu dzieciakowi ani się śniło słuchać anioła stróża... Siedziałem więc na dachu
domu i podziwiałem piękne widoki. Kątem oka sprawdzałem od czasu do czasu, czy
aby piastunki nie zaniedbują obowiązków. Czyściłem na wietrze białe piórka i
śmiałem się do moich przyjaciół aniołów. Na pogaduszki nie mogłem liczyć, bo oni
uwijali się przy swoich podopiecznych od świtu do nocy. Kiedyś jeden z nich
zawołał do mnie:
– Ciekawy malec z tego twojego Franciszka... Jeśli ci się nudzi, to posłuchaj,
co on opowiada mamie!
Sfrunąłem z dachu i przysiadłem na parapecie okna. Słońce chyliło się już ku
zachodowi. Mały Franciszek, przytulony do mamy, stał w oknie i wpatrywał się w
pomarańczową kulę. Wskazywał na nią palcem:
– Daj mi mamusiu piłeczkę! Jaka śliczna piłeczka!
– To słońce Franciszku. Słońce wędruje po niebie i oświetla ziemię. Nie jest do
zabawy.
– A kto wyrzucił je tak wysoko?
– Bóg, synku, stworzył słońce i zawiesił je na niebie. On wszystko stworzył.
Cały świat. Nawet ciebie i mnie!
– Więc słoneczko jest moim braciszkiem? Pozdrawiam cię mój braciszku! Jesteś
bardzo piękny i bardzo przyjemnie oświetlasz mój nos.
Franciszek pomachał słońcu ręką i posłał mu całuska. Pani Pika zaśmiała się
wesoło i zabrała malca do pokoju. Miała zamiar go wykąpać, bo był brudny jak
prosiak. Ja tymczasem podziwiałem z parapetu zachód słońca. Myślałem o tym, jak
piękne rzeczy stworzył Bóg i o tym, że dzieciństwo tego malca jest tak jasne,
radosne i słoneczne, jak letnie dni w tym prześlicznym włoskim miasteczku...
Kiedyś, po latach przypomniałem sobie tę chwilę. Było to wtedy, gdy po raz
pierwszy usłyszałem modlitwę Franciszka:
– Pochwalony bądź Panie mój,
ze wszystkimi swoimi stworzeniami,
szczególnie z panem moim, Bratem Słońcem,
dzięki któremu rozświetlasz nam dni.
On jest piękny, promienny i pełen blasku:
On jest Twoim, Najwyższy, wyobrażeniem...
III.
NADCHODZI NOC
Dni dzieciństwa upłynęły zbyt szybko... Nie wiem nawet, kiedy z małego berbecia
wyrósł przystojny młodzieniec. No, może wyrósł – to lekka przesada, bo
Franciszek miał ledwo 160 cm wzrostu. Na szczęście ludzie wtedy raczej nie byli
wysocy, więc ten drobny feler łatwo było nadrobić zawadiacką miną. A minę
Franciszek miał zawadiacką – a do tego talentów mu nie brakowało! Gdy musnął
struny mandoliny i spojrzał tymi swoimi promiennymi oczami, to wszystkie panny
zatykało z zachwytu. Nie śpiewał może tak pięknie jak anielskie chóry, ale jak
na człowieka z kupieckiej rodziny, to wcale nieźle! Przy tym potrafił sam
układać wiersze i dodawać do nich własną melodię. W dzień nie miał wielu
obowiązków. Czasami pomagał w sklepie ojca przy sprzedaży materiałów. Wolnego
czasu mu nie brakowało - często włóczył się po łąkach, winnicach i oliwnych
ogrodach wymyślając nowe piosenki. Po nocach bawił się z przyjaciółmi,
wyśpiewując przy winie tak żartobliwe rymy, że wszyscy pękali ze śmiechu. Tak
bardzo go lubili, że zapominali o tym, że nie jest szlachcicem.
– Popatrz, kochanie! – mawiał Piotr Bernardone do żony, z dumą patrząc na swego
pierworodnego syna – Nasz Franciszek nie różni się niczym od młodego
arystokraty: potrafi się odpowiednio zachować, ubrany jest jak książę, a
fantazję ma rycerską.
Pani Pika wiedziała, że mąż wszystkie swoje nadzieje ulokował w młodzieńcu.
Martwiło ją, że pobłażał jego zachciankom i chwalił rozrzutność. Młodszy syn był
mniej rozpieszczany przez ojca. Ale Piotra Bernardone rozpierała duma, że syn
kupca zachowuje się równie lekkomyślnie jak jego arystokratyczni koledzy. Nie
chciał słuchać ostrzeżeń żony.
Ja jednak martwiłem się coraz bardziej. Franciszek naprawdę był lekkomyślny i
rozrzutny. Sądził, że cały świat jest dla niego stworzony, że wszyscy będą go
kochać i podziwiać, ale przecież życie nie składa się z samych radości...
Tymczasem okazało się, że na pozór spokojni i pobożni mieszczanie z Asyżu mają
bardzo wojowniczą naturę! Gdy mieszkańcy Perugii próbowali wtrącać się do ich
spraw, wdali się w wojnę! Mój Franciszek potraktował to jak kolejną zabawę.
Dostał od taty lśniącą zbroję i dzielnego konika. Ochoczo uczył się wymachiwać
mieczem, a wszystkim pannom opowiadał, jakich to bohaterskich czynów niebawem
dokona. Uważał, że mieszczanie z Perugii będą przed nim padać plackiem i czyścić
mu buty! Próbowałem szeptać mu na ucho tysiące ostrzeżeń, ale on niewiele się
modlił, a anielskie rady puszczał mimo uszu... Podobnie czynili jego młodzi
przyjaciele i ich ojcowie. Zmrok zapadł w ludzkich sercach. Duma, pycha i gniew
okazały się silniejsze niż miłość, mądrość, pokój. Aniołowie stróżowie ze
smutkiem musieli usunąć się na bok – teraz ktoś inny doradzał mieszkańcom Asyżu
i Perugii. Nie mogliśmy się zbliżyć do naszych podopiecznych, bo oni woleli
słuchać złych, upadłych aniołów o oczach, skrzydłach i sercach czarnych jak noc…
Nie pozostało nam nic innego jak nieustannie modlić się do Ojca w niebie o pomoc
dla tych młodych zapaleńców. Ja i wielka rzesza aniołów wpatrywaliśmy się
nieustannie w oblicze Boga, a nasze serca złączone były w cichym błaganiu. Ku
mojemu zdumieniu - Bóg w osobliwy sposób wysłuchał tej modlitwy! Asyżanie
przegrali bitwę. Franciszek został ranny i dostał się do niewoli! Wiem, że Bóg
zawsze czyni to, co najlepsze, jednak wtedy nie mogłem zrozumieć Jego zamysłów.
Ufałem więc – nie rozumiejąc. Franciszek, ranny i chory, leżał bez sił w
zatęchłej piwnicy! Nie wiedziałem, czy przetrzyma to uwięzienie. Czarny anioł
już nie musiał mu doradzać. Siedział rozparty w kącie piwnicy i śmiał się
pogardliwie. Nie wiem, czy bardziej szydził z niego, czy ze mnie… Ja klęczałem
tuż przy Franciszku i otulałem go swymi skrzydłami przed chłodem i wilgocią.
Jakże mu współczułem! Sam nie odczuwałem ani głodu ani bólu, ale ten młody
człowiek naprawdę bardzo cierpiał. Całym sercem prosiłem, aby nie ustała jego
wiara w Bożą opiekę. Początkowo w młodzieńcu płonął tylko gniew i żal.
– Czemu mnie opuściłeś? – wołał do Boga. – Pozwoliłeś, żebym cierpiał nędzę,
poniżenie i chorobę! A powiadają, że kochasz ludzi? To jest miłość?
– Tak, to jest właśnie miłość! – szeptałem mu do ucha. – Bóg pozostawił cię przy
życiu i na pewno przybędzie ci z pomocą, ale musisz słuchać Jego głosu! Jak
chcesz rozumieć Boga, skoro wcale Go nie znasz? Nie czytasz Biblii, nie modlisz
się… Wiem o tym dobrze! Bądź uczciwy przed sobą – robisz to, co chcesz, a Bóg
jest ci potrzebny tylko do spełniania zachcianek! To ma być wiara?
Nagle poczułem się dziwnie… Franciszek poruszył się niespokojnie i zrozumiałem,
że moje słowa dotarły do niego. Po raz pierwszy usłyszał mój głos! I to w tej
okropnej, śmierdzącej piwnicy! Usłyszałem po chwili jego modlitwę, ale tym razem
brzmiała zupełnie inaczej:
– Przepraszam cię Boże, za moją pychę i lekkomyślność…
To ja opuściłem Ciebie, mojego Stwórcę!
Najwyższy, wszechmogący, dobry Panie.
Chwała Ci, sława i cześć, i wszelkie błogosławieństwo.
Tobie jednemu Najwyższy, one przystoją,
A żaden człowiek nie jest godny wymówić Twego Imienia.
Cichy głos Franciszka umilknął. Wielka jest moc szczerej i pokornej modlitwy!
Czarny anioł z gniewem opuścił loch i pozostał po nim tylko niemiły zapach.
Młodzieniec zapadł w sen, a przy jego głowie zalśniło łagodne światło. Ujrzałem
pochyloną nad nim twarz Jezusa. Tuż obok Maryja delikatnie gładziła zlepione
krwią i potem włosy Franciszka. Poczułem w sercu słodycz i radość.
– Dobrze się spisałeś! - uśmiechnęła się do mnie Maryja. – Pomogłeś temu chłopcu
otworzyć serce na łaskę, a on wykorzystał swoją szansę. Teraz może nauczyć się
dostrzegać nasze znaki…
Wtedy po raz pierwszy poczułem, że mogę stać się prawdziwym przyjacielem
Franciszka. Od tego momentu zacząłem też szanować te na pozór bardzo słabe
istoty, jakimi są ludzie. To prawda, że ich ciała i umysły są bardzo ograniczone
czasem i wpływem ziemi. Dlatego właśnie czarne anioły gardzą nimi i szkodzą im
na każdym kroku. Jednak serca ludzkie są silne, a nadzieja nigdy w nich nie
wygasa. Zrozumiałem też, że dusza człowieka potrafi nieoczekiwanie wyzwolić się
z więzów ciała i dotknąć świata niewidzialnego, który jest naszym mieszkaniem…
IV. KSIĘŻYC I GWIAZDY
Na nocnym niebie zapłonęło wreszcie światełko! Po roku więzienia udało się
mieszkańcom Asyżu wykupić więźniów i Franciszek odzyskał wolność! Długo jednak
nie mógł odzyskać sił, nawet pomimo troskliwej opieki mamy i dostatku, jakim
znowu został otoczony. Ale ja byłem dobrej myśli. Młodzieniec bardzo się zmienił
– nie myślał już o zabawach i tańcach. Zaczął zastanawiać się nad sobą, czytać
Biblię, modlić się. Gdy powrócił do zdrowia, na powrót zabrał się do pracy w
sklepie taty. Mogłem wreszcie odsapnąć nieco i znowu pofruwać nad łąkami.
Nie umknęło jednak mojej uwadze, że Franciszek jest wciąż niespokojny. W jego
sercu nadal panowała noc, chociaż oświetlona już światłem łaski. Mój podopieczny
próbował zrozumieć, do czego chce go poprowadzić Bóg, ale nie widział przed sobą
żadnej drogi…
Wciąż powracał do tej samej modlitwy:
– Najwyższy, dobry Boże, poprowadź mnie przez życie i wskaż drogę w
ciemnościach. Nie jestem szczęśliwy i nie wiem, czego ode mnie chcesz… Widzę
twoje światło, które świeci jak księżyc w mroku, ale nie wiem jak mam za Tobą
podążać.
Nie rozumiałem tych rozterek Franciszka. Przecież żył dostatnio i spokojnie –
czego mu brakowało? Gdybyż zechciał się ustatkować! Może nawet ożenić z jakąś
śliczną, pobożną panną! Miałbym dodatkową pomoc w wychowaniu tego, w gorącej
wodzie kąpanego, młodzieńca! Czyżby Bóg oczekiwał od Franciszka czegoś innego?
My, aniołowie, zawsze wiemy, czego Pan Bóg od nas chce. Wpatrujemy się w Jego
oblicze i po prostu wiemy… No, tak. Ludzie przecież nie widzą, ani nie słyszą
Boga i dlatego jest im dużo trudniej. Bardzo chciałem pomóc mojemu Franciszkowi
w kłopocie, ale podpowiedzieć nic nie mogłem, bo tylko Bóg znał odpowiedź na
jego pytania… Zaniosłem więc prośby młodzieńca i złożyłem u stóp Bożego tronu.
Całym sercem wołałem o pomoc dla przyjaciela. A pomoc wkrótce nadeszła. Bóg
rzeczywiście miał dla niego inne plany! Byłem zachwycony, chociaż sam do końca
ich nie rozumiałem… Bóg pozwolił mi przygotować dla Franciszka piękny sen. Sen,
który pomoże mu poznać swoje powołanie. Szczęśliwy i pełen zapału sfrunąłem
wprost do łóżka młodzieńca i we śnie zaprowadziłem go do pięknego zamku. Tam
pokazałem mu wiele srebrnych zbroi.
– Co to za zbroje? – zapytał Franciszek.
– Należą do ciebie i twoich rycerzy.
Następnego ranka Franciszek obudził się w znakomitym humorze. Czuł, że ten sen
nie był tylko wytworem zmęczonego umysłu. Chciał odczytać z niego wolę Bożą.
Zamiast jednak uklęknąć przy łóżku i prosić o wyjaśnienie sensu snu, zaczął sam
głośno wymyślać, co też Bóg chciał mu objawić. W takiej sytuacji było mi dużo
trudniej przekazać wiadomość dla niego. Próbowałem jednak szeptać do ucha:
– Będziesz rycerzem Boga! Inni pójdą za tobą i razem obronicie miliony dusz
przed czarnymi aniołami! Waszą zbroją będzie pokora, a mieczem – miłość!
Franciszek jednak wiercił się na łóżku, a jego młodzieńczy zapał nie pozwalał mu
skupić się należycie nad trudnym problemem.
– Mam być rycerzem! Nie powinienem zajmować się sklepem ojca! Moim
przeznaczeniem jest rycerski stan!
– Hola! Nie tak dosłownie, Franciszku! Pomyśl chwilę! Pomódl się! Przecież Bóg
nie daje tak prostych wskazówek. Trzeba dopiero zastanowić się nad snem!- prawie
ryczałem do ucha przyjaciela, ale jemu tak szumiało w głowie od emocji, że nawet
armaty by nie usłyszał…
– Jak mogę być rycerzem, skoro jestem kupcem? Co mam robić? – powtarzał w kółko.
– Przestać gadać, a zacząć myśleć! – huknąłem. W tym samym momencie usłyszałem
jeszcze jeden głos:
– Kup konia i jedź na wojnę! Przecież jest wojna!
Jaka znowu wojna? I kto do licha się do nas wtrąca? Oczywiście czarny anioł! No,
i stało się… Akurat tej głupiej myśli uczepił się Franciszek.
– Oczywiście! Jakie to proste! Bóg chce, żebym kupił konia, zbroję i wyruszył na
wojnę bronić papieża przed królem. Dobrze, że akurat jest wojna… Mogę bronić
mieczem samego namiestnika Jezusa!
To chorowite chuchro, jakim był Franciszek, ubzdurało sobie, że będzie rycerzem
papieża. Nic już nie mogłem zrobić… Patrzyłem z przerażeniem jak mój podopieczny
za pieniądze ze sklepu ojca kupuje konia, zbroję, miecz i najmuje giermka.
Szykował się na tą wojnę bardzo starannie – szkoda tylko, że nie powiadomił o
tym rodziców! Dobrze wiedział, jak bardzo by ich to zasmuciło. Szczególnie
matkę! Pani Pika wiele łez już wylała, gdy sądziła, ze jej syn umrze w zimnym
lochu. Nie pozwoliłaby na kolejną wojenną wyprawę! Ale Franciszek nikogo o
zdanie nie pytał. Wsiadł na rumaka i ruszył w stronę Apulii. Piotr Bernardone
szybko dowiedział się o wyprawie syna. Mieszczanie z Asyżu donieśli mu o
zakupach Franciszka. Pół miasta już o tym plotkowało! Syn kupca w rycerskim
stroju rusza bronić papieża! Pan Piotr miał mieszane uczucia. W jego sercu gniew
na syna walczył z ojcowską dumą, nadzieją na sławę i zaszczyt, jaki może rodowi
Bernardone przynieść tak odważny postępek. Starał się nie myśleć o
niebezpieczeństwach:
– Może Franciszek dokona wielu bohaterskich czynów? Może powróci ze szlacheckim
herbem? Jeśli Bóg wybrał go na obrońcę papieża, to wszystko może się zdarzyć! –
pocieszał zrozpaczoną żonę. Nawet przez myśl mu nie przyszło, jak żałosny będzie
kres tej wyprawy…
Franciszek wraz giermkiem jechał konno na wojnę, bardzo zadowolony z siebie.
Nocleg zaplanował w Spoleto – pięknym umbryjskim mieście oddalonym od Asyżu
około 60 km. Droga prowadziła przez zieloną dolinę otoczoną pięknymi górami, ale
była daleka i dłużyła się niemiłosiernie. Teraz, kiedy już zrobił wszystko, co
zaplanował, miał sporo czasu na myślenie. Najpierw wyobrażał sobie różne
bohaterskie czyny, których dokona. Wtedy ja przypominałem mu okropności wojny z
Perugią i wilgotny loch. Wspominałem też mimochodem o jego mizernym wzroście i
kiepskim zdrowiu. Mój podopieczny zaczął sobie wreszcie zdawać sprawę z tego, że
marną będzie dla papieża pomocą. Ogarnęły go wątpliwości.
– Zawsze możesz poświęcić życie w obronie papieża! To bardzo szlachetne! –
syknął ktoś Franciszkowi wprost do ucha. Czarny cień złego przemknął tuż nad
głową młodzieńca.
– Panie Boże! – wykrzyknął Franciszek z zapałem. – Jeśli taka jest Twoja wola
bym zginął za papieża, to wypełnię ją z radością!
Ta szczera i szlachetna modlitwa przygnębiła mnie jeszcze bardziej. Wyglądało na
to, że mój przyjaciel robi zupełnie odwrotnie niż chce Bóg, ale jest przekonany,
że pełni Jego wolę. W dodatku może przypłacić to życiem. Czarny anioł to mistrz
w wyprowadzaniu ludzi w pole. Teraz słyszałem za plecami jego szyderczy chichot.
Zrozpaczony zwróciłem się o pomoc do Najwyższego:
– Czy pozwolisz Panie, by Twoje plany zostały zniweczone w tak głupi sposób?
Przyjmij modlitwy tego chłopca, jego szczerą wiarę i gotowość do służenia Ci!
W nocy sam Jezus ukazał się Franciszkowi we śnie. Upadłem na kolana i ze
wzruszeniem słuchałem Jego głosu. Czarny uciekł gdzie pieprz rośnie, bo nie mógł
znieść obecność Boga. Tymczasem Jezus zapytał:
– Franciszku, odpowiedz mi: czy lepiej jest służyć panu, czy słudze?
– Oczywiście, że panu! Tylko szaleniec wybiera sługę, jeśli ma możliwość
służenia panu!
– Dlaczego więc ty opuściłeś Pana, a wybrałeś sługę?
Zaskoczony Franciszek przez chwilę milczał. W końcu wyszeptał:
– Co więc mam robić?
– Ta droga nie jest twoją! Wracaj do Asyżu.
Franciszek zerwał się z łóżka i podszedł do okna by zaczerpnąć świeżego
powietrza. Był wzburzony i zastanawiał się jaką dać odpowiedź. Spojrzał na
rozgwieżdżone niebo i srebrzysty sierp księżyca:
– Tak, Panie. Wrócę do domu. Nie rozumiem, dokąd chcesz mnie poprowadzić, ale
wiem, że wybrałeś mnie na swego rycerza! Może nawet księcia, skoro we śnie
pokazałeś mi zamek? Chociaż na razie widzę tylko ciemności, ale wiem, że
zapalisz dla mnie światło na nocnym niebie i wskażesz mi drogę… Nie będę sam.
Bóg nie od razu spełnił pragnienia Franciszka, ale po latach, te młodzieńcze
rozterki okazały się dobre i potrzebne. Może dlatego tak lubił spoglądać w nocne
niebo i modlić się:
– Pochwalony bądź, Panie mój,
przez Brata Księżyc i Siostry Gwiazdy.
Ukształtowałeś je na niebie jasne
i cenne, i piękne…
V.
WIATR WIEJE TAM, GDZIE CHCE…
Nie było łatwo Franciszkowi powrócić do domu… Nie mógł znieść myśli, że wjedzie
do Asyżu w rycerskim ekwipunku jako niedoszły bohater. Taki wstyd był ponad jego
siły. Po drodze sprzedał zbroję i konia, pieniądze rozdał biednym i zwolnił
giermka. Wracał na piechotę. Całe miasto się z niego śmiało! Jedynie ojcu i
bratu nie było do śmiechu! Zamiast sławy i herbu szlacheckiego – strata
pieniędzy i szyderstwa sąsiadów. Tchórzliwy rycerz Bernardone! – kpili
mieszczanie. Dzieci zaraz ułożyły odpowiednią wyliczankę:
Wrócił z wojny nasz Franciszek, bo tak się wystraszył myszek!
Bardzo krwawe przeżył boje, zgubił konia, zgubił zbroję!
Raz, dwa, trzy - tchórz Franciszek w domu śpi.
Franciszek znosił obelgi ze spokojem, ale bardzo go bolały. Kiedy pytano go o
powód tego godnego pożałowania powrotu, mówił tylko, że ma służyć Bogu, a w
zamian zostanie księciem! Od razu zaznaczam, że to nie był mój pomysł! Ja nic
podobnego mu nie radziłem! Przeciwnie, prosiłem tylko, by był bardziej rozważny
i więcej się modlił. Tej rady na szczęście posłuchał. Miał sporo czasu na to, bo
rozgniewany ojciec kazał go zamknąć w komórce. Chyba ten pomysł z „księciem”
przepełnił czarę goryczy. Słyszałem jak wrzeszczał:
– Siedź teraz w komorze, mości Książę! Może to cię nauczy rozumu! Póki
zachowujesz się jak wariat i trwonisz mój majątek, to nie możesz przebywać na
wolności! Jesteś zakałą rodziny!
Nie pomogły łzy i tłumaczenia pani Piki. Jak wielka była kiedyś pobłażliwość i
miłość Piotra do syna, tak wielki teraz był gniew i rozczarowanie. Jak głuchy
był przedtem Piotr na ostrzeżenia żony, tak i teraz pozostał głuchy na jej
prośby… Patrzyłem ze zgrozą na cień czarnego anioła, który nie oddalał się nigdy
od tego człowieka. Jego anioł stróż bezradnie rozkładał ręce na mój widok.
Obydwaj byliśmy bezsilni. Nie było wolą Bożą poróżnić syna z ojcem – ale obydwaj
panowie Bernardone pozwolili się wodzić za nos złemu i teraz on zatryumfował.
Brak rozsądku i skłonność do przesady – oto były wrota pokusy. Nawet nie zdawali
sobie sprawy jak bardzo są w tym do siebie podobni…
Franciszek uważał, że ojciec przeszkadza mu pełnić wolę Bożą. Był rozgoryczony,
czemu trudno się dziwić – nikt nie lubi siedzieć tygodniami zamknięty w komórce…
Na szczęście praca kupca wymaga podróży. Gdy ojciec wyjeżdżał, mama wypuszczała
syna z domowego więzienia. Rozumiała jego rozterki i wspierała w modlitwie jak
umiała. Franciszek nie bardzo miał ochotę pokazywać się Asyżanom na ulicach,
wychodził więc za mury miasta. Czasami wsiadał na konia i galopował w stronę
Perugii lub Spello. Często szukał warunków do rozmyślania na łąkach, w oliwnych
ogrodach lub zrujnowanych kościółkach położonych tuż za miastem. Chciałem
wykorzystać te sprzyjające momenty i przekonać Franciszka do pojednania z ojcem.
Ale Franciszek rozmyślał wciąż i rozmyślał, a ja nie bardzo nawet wiedziałem, o
czym, bo do myśli ludzkich tylko jeden Bóg ma dostęp. Coś się jednak działo w
tej gorącej duszy, co wzbudziło moje podejrzenia. Pewnego razu Franciszek, jadąc
konno natrafił na trędowatego. W pierwszym momencie aż się zatrząsł z
obrzydzenia i strachu. Miał zamiar uciec jak najdalej, co zwykle czynił w takich
wypadkach. Tym razem jednak stanął i powoli zawrócił konia. Gdy zbliżył się do
chorego, zeskoczył na ziemię i okrył go własnym płaszczem. Byłem dumny z jego
odwagi i dobrego serca!
– Franciszku, zrobiłeś, co mogłeś dla tego człowieka, ale trąd jest bardzo
zaraźliwy… Teraz oddal się jak najprędzej!- szepnąłem mu do ucha.
On jednak ani myślał mnie słuchać! Pochylił się nad trędowatym, objął go
ramionami i ucałował! Cóż za lekkomyślność! Już miałem krzyknąć mu do ucha, co o
tym myślę, gdy nagle poczułem coś dziwnego… Jakby ciepło, które promieniowało od
chorego człowieka… Spojrzałem w jego oczy i poznałem! Franciszek nie zdawał
sobie sprawy z tego, kogo spotkał na drodze. Wsiadł na konia i ruszył swoją
drogą. Jeszcze obejrzał się za siebie, ale trędowaty człowiek zniknął!
Dokładniej mówiąc - już nie był widzialny dla jego oczu. Na drodze stał sam
Jezus i uśmiechał się do mnie. Szkoda, że Jego świetlistej postaci nie mógł
zobaczyć Franciszek!
– To był Syn Boży! Spotkałeś Jezusa, chłopie! Dałeś Mu płaszcz i ucałowałeś Go!
Zdajesz sobie z tego sprawę?! – wykrzykiwałem, radośnie pląsając po końskim
łbie. Koń tylko strzygł uszami niecierpliwie, ale Franciszek chyba usłyszał i
zrozumiał, co się wydarzyło, bo na jego policzkach pojawił się rumieniec, a w
oczach błysnęły łzy wzruszenia.
Myślę, że właśnie w tym momencie Franciszek otworzył swoje serce na Boga tak
bardzo, że później wydarzyło się to, co się wydarzyło… Nadszedł dzień, w którym
runęły moje plany! Nie zdołałem ani niczemu zapobiec, ani w niczym pomóc mojemu
młodemu przyjacielowi… Ludzie wymykają się nam spod kontroli tak
niespodziewanie, Bóg robi to, co chce- a ty aniele, choćbyś sobie wszystkie
piórka ze skrzydeł powyrywał, to i tak przyszłości nie przewidzisz… Dobrze, że
sam Bóg nad wszystkim czuwa, bo anioły nie poradziłyby sobie z ludźmi! Ale
opowiem wszystko po kolei.
Franciszek z pomocą mamy wymknął się z domowego więzienia i wyszedł za miasto.
Zatrzymał się w zrujnowanym kościółku św. Damiana. Tam klęcząc pod krzyżem
modlił się gorąco. Słyszałem jego słowa:
– Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca i daj mi, prawdziwą
wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość. Pomóż mi zrozumieć twą świętą i
nieomylną wolę, abym mógł ją wypełniać.
Sam Jezus słuchał z uwagą tej modlitwy. W kościele była także Maryja i wielu
aniołów. Franciszek oczywiście nikogo nie widział. Tak przynajmniej sądziłem –
ale nie miałem racji. Syn Boży ukazał się młodzieńcowi i z krzyża wiszącego w
kościele skierował do niego zagadkowe słowa:
– Franciszku, idź i napraw mój Kościół!
Duch święty spłynął łagodnie na Franciszka, a Jego powiew rozwiał mu włosy. Jak
niezwykły był sposób, w który Bóg prowadził tego człowieka! Nie każdy doświadcza
podobnych łask… Od tej chwili Franciszek pokochał wiatr. Być może kojarzył mu
się z działaniem Ducha świętego, który wieje tam gdzie chce i kiedy chce… Jest
wolny i wolnością obdarowuje. Przejrzysty jak powietrze – dla ludzi
niewidzialny, ale bez Jego tchnienia jak bez oddechu – ustaje wszelkie życie.
Skąd wiem, że Franciszek pokochał wiatr? Wiele razy słyszałem jego modlitwę:
Pochwalony bądź, Panie mój, przez brata wiatr i przez powietrze…
Kiedy Jezus ukazał się Franciszkowi i objawił mu swoją wolę, zrozumiałem, jak
wielkich rzeczy ten niepozorny młodzieniec dokona w swym życiu! W każdym razie
Bóg chciałby, aby dokonał – bo od Franciszka będzie zależało, czy spełni prośbę
Pana.
– Naprawić Kościół Boży! Jakaż to wielka misja! – pomyślałem. - Ale jak ten
zwariowany młodzieniec ma tego dokonać? Może Franciszek zostanie księdzem? To
nie wystarczy… Raczej biskupem, a najlepiej papieżem! A ja oczywiście będę ze
wszystkich sił mu pomagał! Wtedy zdoła może naprawić Kościół Boży, który się
chwieje, bo ludziom brakuje wiary i miłości.
Byłem ciekawy, co też planuje Franciszek, ale on długo milczał i zastanawiał
się. Prawda! Ludzie tak szybko nie łapią woli Bożej jak anioły! Miałem jednak
nadzieję, że ta zagadka nie będzie dla niego zbyt trudna… Gdy usłyszałem jego
głos – opadły mi skrzydła z wrażenia:
– Dzięki Ci najukochańszy Panie, za tę wskazówkę! Rzeczywiście ten kościółek to
rudera! Ściany się walą, dachu prawie nie ma… Zaraz zdobędę pieniądze i wezmę
się do pracy!
Gdybym mógł złapać tego narwańca za ramiona i potrząsnąć nim, a mocno! Może
wtedy zdołałbym zapobiec nieszczęściu! Ale cóż anioł poradzi, gdy się człowiek
uprze! Franciszek jak wariat wybiegł z kościoła i jeszcze tego samego dnia
sprzedał sukno ojca, a pieniądze zaniósł proboszczowi od św. Damiana. Proboszcz
ze zdumienia zaczął się jąkać! Owszem, gnębiło go, że mieszkańcy Asyżu dbali
tylko o miejskie kościoły, a tymczasem w San Damiano ściany się waliły – jednak
nie był aż tak szalony, by przyjąć sakiewkę. Znał dobrze temperament i poglądy
Piotra Bernardone, a o pomysłach Franciszka wiedział też wystarczająco dużo!
Kazał mu wracać do domu i wrócić z ojcem. Rozgniewany Franciszek postanowił sam
zabrać się do roboty. Zakasał rękawy i zaczął układać w stertę kamienie ze
zawalonej ściany kościoła. A sakiewkę z pieniędzmi cisnął gdzieś w kierunku okna
starej plebanii. Nie jestem pewny, czy ze złości, czy z roztargnienia… Może miał
jakiś plan co do tych pieniędzy? Nie mam pojęcia… Tyle wiem, że sakiewka walnęła
o framugę i wpadła do środka, pomiędzy połamane deski i gruz. Siedziałem na tym
krzywym oknie i dłubałem piórkiem w szparze…A co miałem robić?
Prawda jest taka, że na samą myśl o tym, co się teraz będzie działo, pióra
stawały mi dęba!
„Święty Franciszek i Anioł Stróż”
Tekst: Beata Kołodziej
Rysunki: Paweł Kołodziejski
Wydawnictwo Serafin 2006
Książka dla dzieci w wieku 7-12 lat
Więcej informacji

• Więcej publikacji
|